Urugwaj (30.11.2007)
MONTEVIDEO
Właśnie minął rok od momentu, kiedy wylądowałem w Meksyku.
Ten
dzień miał być dniem powrotu, ale ponieważ straciłem bilet powrotny do
Europy, utknąlem w Buenos Aires. Wróciłem z
lotniska do
hostelu, gdzie mieszkałem przez kilka ostatnich dni. Zacząłem
szukać na internecie biletu do Londynu, ale okazało się, że najtaniej
można polecieć
z Santiago de Chile. Musiałem pozbierać myśli i przemyśleć
sytuację. Pojechałem do Montevideo, stolicy Urugwaju, do
znajomych, których wcześniej chciałem odwiedzić ale brakło
mi czasu.
Teraz miałem go aż nadmiar. Montevideo to
przyjemne, położone nad Atlantykiem miasto liczące 1.3 miliona
mieszkańców. Stanowi to aż 44% populacji kraju.
Wieżowce stoją murem wzdłuż ładnych plaż, a za nimi
znajduje się niższa zabudowa. Montevideo szczyci się jednym z
najwyższych standartów życia wśród miast Ameryki
Południowej.
W miłym towarzystwie szybko minął tydzień. Kupiłem bilet z
Santiago do Londynu za "jedyne" 425 euro i byłem gotowy do dalszej
drogi. Dwa dni później jechałem autobusem na
południe, do miasta Puerto Madryn w Patagonii. Patagonia to
kraina geograficzna na południu Ameryki Południowej, o obszarze ponad
900.000 km
2, czyli 3 razy większa niż Polska.
Rozciąga się od
Ziemi Ognistej na południu do niziny La Plata na północy, od
Oceanu Spokojnego do Atlantyckiego.
zobacz
mapę Patagonii
Argentyna
PENINSULA VALDEZ
Ten bezdrzewny półwysep o dziwnym kształcie może się wydawać
mało interesujący. Ale kiedy przyjrzymy mu się bliżej, wprost
tętni życiem. Na lądzie bez trudu możemy zaobserwować
zwierzęta
takie jak guanaco, pingwiny Magelllana, pancerniki albo strusie.
Na plażach wylegują się kolonie wilków i słoni
morskich.
Natomiast w wodzie kryje się największa atrakcja. W
zimie,
czyli od czerwca do listopada, u wybrzeży półwyspu
zbiera
się około 2000 Waleni Biskajskich Południowych, które można
podziwiać albo ze statku, albo nawet z plaży. Styczeń i luty
to
najlepszy czas, aby zaobserwować orki, które atakują wilki
morskie na plaży. Jako ciekawostkę dodam, że walenie były
nazywane przez wielorybników "right whale", czyli "właściwy
wieloryb", ponieważ po upolowaniu pływały na powierzchni i były
"właściwym" wielorybem do zabicia. Stąd angielska nazwa brzmi
"Right Whale".
Po całonocnej podróży przyjechałem do Puerto Madryn, skąd
najłatwiej dostać się na półwysep. Zazwyczaj w
przewodniku
szukam taniego hostelu, ale tym razem zrobiłem inaczej. Na
dworcu
autobusowym wisiał spis miejsc noclegowych oraz ich cennik.
Zapisałem kilka najtańszych i poszedłem ich szukać.
Znalazłem przyjemny hostel, w którym właściciel od
razu
zaoferował wycieczkę po półwyspie za $50. Udało mi
się
jednak znaleźć 3 inne osoby i razem wypożyczyliśmy samochód.
Kosztowało nas to po $20 na osobę, a do tego mogliśmy jechać
gdzie nam się podobało. Właściciel wypożyczalni, jak się
okazało,
był polskiego pochodzenia i nawet zaprosił mnie na kolację!
Wyjechaliśmy o 5.30 rano aby wykorzystać cały dzień, oprócz
tego
miałem nadzieję, że nikt nie bedzie pobierał opłaty za wstęp tak
wcześnie. Obcokrajowiec płaci 40 peso, czyli $13, więc było
warto. Niestety, w budce już siedział strażnik, i nic nie
pomogły
moje tłumaczenia, że jesteśmy z Buenos Aires. Nie wiem
dlaczego
nam nie uwierzył, przecież mieliśmy takie sympatyczne twarze...
Pojechaliśmy na samą północ półwyspu, do Punta
Norte.
Na plaży leżało kilkanaście lwów morskich.
Jeden z
nich zaczął poteżnie ryczeć, ale chyba nie z naszego powodu, bo byliśmy
daleko, na tarasie widokowym. Byłem trochę zawiedziony, że
nie
można zejść i zrobić zdjęć, ale po powrocie na parking zobaczyliśmy
pancernika! Biegał jak oparzony szukając jedzenia.
Pomimo
że nic nie znalazł, został z nami dość długo ale to chyba tylko
dlatego, że poczuł się jak gwiazda filmowa, fotografowana bez umiaru
przez paparazzi.
Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża szutrową drogą. Ciekawiło nas
czy
można dojść do plaży, więc zatrzymaliśmy się ruszyliśmy w stronę morza.
Wkrótce ukazała sie kamienista plaża, a na niej
gromada lwów morskich, tym razem o kilkanaście
metrów od
nas! Nic sobie nie robiły z naszej obecności, widocznie czuły
sie
bezpiecznie pod opieką ogromnego samca. A on tylko zerknął na
nas
i ziewnął. Jasne, taka bestia ważąca kilka ton nie musi się
tu
nikogo bać.
Pojechaliśmy dalej, do kolonii pingwinów Magellana.
Kolonia liczy kilkaset sztuk, a dorosły osobnik dorasta do
75cm.
Podobnie jak lwy morskie, pingwiny zajmują się swoimi
własnymi
sprawami, nie bacząc na turystów. Dreptają do
swoich norek
wykopanych w ziemi pod krzakami, skubią piórka lub po prostu
się
wylegują. Piękne miejsce, ale to nie pingwiny są tutaj
główną atrakcją. Tutaj się przyjeżdża aby oglądać
wieloryby w zatoce Golfo Nuevo, coś co zostawiliśmy sobie na koniec.
Popłynęliśmy specjalnie do tego przeznaczonym statkiem w głąb
zatoki w poszukiwaniu ogromnych ssaków. Nikt nie
zagwarantuje, że je zobaczymy, ale już po 10 minutach podpłynęliśmy do
"mamy z dzieckiem" i patrzyliśmy jak na przemian się wynurzają i nikną
pod powierzchnią wody. Widziałem nawet wieloryba
wyskakującego
kilkakrotnie z wody, ale dość daleko od nas. Płynąc dalej,
trafiliśmy na "odpoczywającego wieloryba" który przez ponad
minutę tkwił w tym samym miejscu, ze swoją potężną płetwą ogonową
wystawioną ponad powierzchnię wody. Po godzinie
wróciliśmy
do portu, ale to jeszcze nie koniec wrażeń. Pojechaliśmy na
plażę
Doradillo, gdzie w czasie przypływu gromadzą się setki
wielorybów i odpoczywają zaledwie 30 metrów od
brzegu!
Spacer po plaży w towarzystwie tych ogromnych zwierząt,
które ze względu na swoją wielkość wydają się być na
wyciągnięcie ręki, jest jednym z tych niezapomnianych
momentów
które wynagradzają trudy podróży i na zawsze
zostają w
pamięci.
zdjęcia
poprzednio
dodane
następne