Homepage


KRAJE:

Francja (20.2.2008)

LES DEUX ALPES

 O godzinę drogi (70km) od Grenoble znajduje się ośrodek narciarski Les Deux Alpes.  Rozbudowana sieć wyciągów i kolejka fenikularna wynosi amatorów białego szaleństwa z wysokości 1300m do 3600m, gdzie wiele osób wjeżdża głównie po to, by podziwiać przepiekną panoramę Alp, sięgającą aż po Mont Blanc.  Kilkadziesiąt tras zjazdowych o różnych stopniach trudności to gwarancja, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.  Snowpark, nieograniczone możliwości off piste oraz przystępne jak na Alpy ceny przyciagają głównie młodych ludzi.
Statystyki mówią same za siebie:
- 51 wyciągów i kolejek
- 100 tras o łącznej długości 225km, w tym 13 czarnych, 19 czerwonych, 47 niebieskich i 21 zielonych.

W tym roku przeprosiłem narty. Nauka jazdy na snowboardzie w 2006 była ciekawym, ale bolesnym doświadczeniem. Każdy upadek odczułem tak,  jakby mi ktoś dał kopa w tyłek butem narciarskim! I to nie nóżką jakiejś wątłej nastolatki, ale pokrytą węzłami mięśni nogą Pudziana.  O przewadze nart stanowią też inne szczegóły, np. nie trzeba odpinać buta za każdym razem, kiedy się zatrzymamy na płaskim kawałku trasy, wystarczy odepchnąć sie kijkami.

Mieszkaliśmy w 2 wynajętych, małych apartamentach, po 4 osoby w każdym.  Już w pierwszy dzień zdażył się wypadek.  Ktoś wjechał w Stefana i poobijał go tak, że resztę wakacji spędził w mieszkaniu z ręką na temblaku.  Następnego dnia było jeszcze gorzej.  Również jeżdżący na snowboardzie Ben nieudanie wyskoczył na skoczni i spadł z jakiś 3m na tyłek.  Został zwieziony helikopterem na prześwietlenie, które na szęście nie wykazało złamania.  Ale nie chciałbym być na jego miejscu - czekają go 3 miesiące w pozycji leżącej lub stojącej, bo uraz nie pozwala mu siadać.  Szczęśliwie kolejne 4 dni nie przyniosły żadnych wypadków, tylko piękna, słoneczną pogodę.

CHAMONIX - LODOWIEC ARGENTIERE

Ponieważ byłem już tak blisko, skorzystałem z okazji i pojechałem do Chamonix, francuskiej stolicy sportów zimowych.  To niesamowicie turystyczne miasteczko, położone u podnóża Mont Blanc 4807m, rozbrzmiewa wszystkimi ważniejszymi językami Europy.  Jest drogo, ale najwyraźniej magia najwyższej alpejskiej góry działa.

Wkrótce po przyjeździe wyruszyłem w góry wraz z Kolumbijczykiem Douglasem, poznanym w czasie ostatniej podróży.  W pierwszy dzień wjechaliśmy kolejką linową na szczyt Aig. des Grands Montets 3295m.  Widoczność sięgała zaledwie 50m a było już późno, więc zdecydowaliśmy przenocować w ogrzewanych toaletach, oczywiście za zgodą menadżera.  Aby zabić trochę czasu, poszliśmy wypróbować piłę do cięcia śniegu.  Ja wycinałem spore bloczki, a Douglas układał z nich ściany.  Po 2 godzinach powstała głęboka na metr jama otoczona jeszcze wyższym murem.  Wtedy zakiełkował w mojej głowie szalony pomysł, żeby spędzić tam noc.  Wyciąłem do tego celu poziomą wnękę, rozłożyłem materac i spiwór.  Pomimo -15C to nie temperatura była największym problemem.  Najgorszy był niesiony wiatrem śnieg, który padał mi na twarz, nie pozwalając zasnąć.  Nie była to oczywiście najwygodniejsza noc życia, ale taka okazja do przetestowania sprzętu i wytrzymałości nie zdaża się często!

Kiedy obudziłem się rano pierwsze promienie słońca oświetlały już okoliczne szczyty, w krótko potem gęste chmury zalegające w dolinach.  Zaczęli pojawiać się pierwsi narciarze, więc zjedlismy szybko śniadanie i wyruszyliśmy w drogę.  Naszym celem było schronisko Argentiere stojące po drugiej stronie lodowca o tej samej nazwie.  Doszliśmy tam bez problemu, podziwiając potężne ściany skał zamykających dolinę.  Tylko dół schroniska jest otwarty zimą.  W środku kilka pokoi z łóżkami piętrowymi, koce i poduszki.  Oprócz tego jadalnia i prymitywne toalety.  Brak prądu i ogrzewania dokucza wieczorami, kiedy temperatura spada do -5C i najlepsze, co można zrobić, to zaszyć się w śpiwór.

6.30 rano.  Budzik rzęzi dziwnie, chyba zamarzł.  Wiem, że muszę wstać, ale próbuję odsunąć tą chwilę jak najdalej.  W końcu otwieram śpiwór zgrzytając zębami, ubieram naprędce wszystko co mam pod ręką i dużmi krokami zmierzam do toalety.  Otwieram drzwi i widzę....  Nic.  Biało, mgła i śnieg.  Z jednej strony zawód, a z drugiej ulga.  Bez wyrzutów sumienia można wracać do ciepłego śpiworka.  Mieliśmy dziś zdobywać Aig. d'Argentiere ale góra nie zając, nie ucieknie.  Byłem przygotowany na taką ewentualność.  Po drodze zapamiętałem kika miejsc, gdzie lodowiec popękał tworząc kilkumetrowe ściany idealne do ćwiczeń.  Cały dzień zmagaliśmy się z lodem, dziurawiąc go rakami i czekanami bez litości.  Wieczorem topienie śniegu, zasłużona kolacja i spać.

Następnego dnia wygramoliłem się z łóżka bez entuzjazmu, jakby przeczuwając złą pogodę.  Przez noc nasypało z pół metra śniegu i nie pozostawało nic innego, jak ponownie zadowolić się ćwiczeniami na lodowcu.  Samo dotarcie do niego dało mi w kość, bo idąc pierwszy musiałem przedzierać się przez zaspy do pasa.  Łydki obolałe po wyczynach dnia poprzedniego szybko odmawiały posłuszeństwa, ale trening był udany.  Bo zawiązać węzeł czy asekurować partnera w trudnych warunkach zimą, w grubych rękawiczkach to nie to samo co latem.  Taki sprawdzian na pewno był nam potrzebny.

Do schroniska przyszło 2 alpinistów z Holandii.  Właściwie to nie wiem po co bo, jak twierdzili, prognoza była niesprzyjająca i już następnego dnia wracali do Chamonix.  Po takich opadach śniegu zagrożenie lawinowe było duże i chcąc nie chcąc, też musieliśmy pakować manatki.  Należało poczekać na stabilna pogodę.  Bo następnym celem będzie dach Europy, czyli sama Mont Blanc!

zdjęcia
poprzednio dodane
następne